„Nie mamy bowiem
arcykapłana, który by nie mógł współczuć ze słabościami naszymi, lecz
doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu.”
Hebr. 4:15
„Na końcu czasu miliardy ludzi stojąc przed Bożym tronem zapełniały ogromną
równinę. Większość osłaniała się przed padającym na nich jaskrawym światłem. Niektóre
grupy, te bliżej przodu, prowadziły ożywioną rozmowę. Nie byli to ludzie
nieśmiali, ale raczej nastawieni bojowo. „Czy Bóg może nas sądzić? Skąd miałby
wiedzieć, co to jest cierpienie?”, rzuciła młoda brunetka. Rozdarła rękaw, by
pokazać wytatuowany w obozie koncentracyjnym numer: „Znosiliśmy bicie, strach,
tortury i śmierć!”. W innej grupce młodzieniec rozchylił kołnierz. „A co
powiecie na to?”, zapytał, pokazując okropną bliznę po sznurze. „Zlinczowany
nie za jakieś przestępstwo, ale dlatego, że jestem czarny!”. Dalej w tłumie,
ciężarna uczennica z podkrążonymi oczyma mamrotała: „Dlaczego mam cierpieć? To
nie moja wina”. Aż po kres równiny stały setki takich grup. Każda z nich
wyrażała żal skierowany do Boga za zło i cierpienie, do jakiego dopuszczał na
tym świecie. Jakież miał szczęście, że mieszkał w niebie, gdzie zawsze było
ładnie i jasno, tam płacz i lęk, głód czy nienawiść nie istniały. Cóż Bóg może
wiedzieć o tym, mówili, co człowiek musiał znosić na świecie? On przecież
prowadzi całkiem bezpieczne życie. Potem każda z tych grup wysłała jako swego
przedstawiciela tego, kto wycierpiał najwięcej. Byli to: Żyd, młody Murzyn,
mieszkaniec Hiroszimy, człowiek okropnie zdeformowany artretyzmem, a także
dziecko–potworek, ofiara thalidomidu. Naradzali się pośrodku doliny, aż
wreszcie byli gotowi przedłożyć swą sprawę. To było dość sprytne. Zanim uznają
Boga za swego sędziego, musi przejść przez to samo, co oni. Postanowili, że
skażą Boga na życie na ziemi: niech pożyje jak człowiek! Niech się urodzi jako
Żyd. Niech jego pochodzenie z prawego łoża budzi wątpliwości. Zlećmy mu zadanie
tak trudne, że kiedy będzie je realizował, nawet jego rodzina zacznie
podejrzewać, że odchodzi od zmysłów. Niech go zdradzą najbliżsi przyjaciele.
Niech zostanie fałszywie oskarżony, sądzony przez stronniczych ławników i
skazany przez tchórzliwego sędziego. Niech zostanie poddany torturom. Wreszcie niech zobaczy, jak to jest być
okrutnie samotnym. A potem niech umrze. I to tak, by nie było co do tego
najmniejszej wątpliwości, niech potwierdzi to wielu świadków. Kiedy każdy z
przedstawicieli ogłaszał swoją część wyroku, tłum wydawał głośny pomruk
aprobaty. Ale gdy ostatni wyrzekł
końcowe słowa, nastała długa cisza. Nikt nie pisnął ani słowa. Nikt się nie
poruszył. Nagle wszyscy zrozumieli, że Bóg już „odsiedział” swój wyrok.”
/”The Long Silence”, autor nieznany/
