sobota, 18 kwietnia 2026

Hebr. 4:15



„Nie mamy bowiem arcykapłana, który by nie mógł współczuć ze słabościami naszymi, lecz doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu.”
Hebr. 4:15

„Na końcu czasu miliardy ludzi stojąc przed Bożym tronem zapełniały ogromną równinę. Większość osłaniała się przed padającym na nich jaskrawym światłem. Niektóre grupy, te bliżej przodu, prowadziły ożywioną rozmowę. Nie byli to ludzie nieśmiali, ale raczej nastawieni bojowo. „Czy Bóg może nas sądzić? Skąd miałby wiedzieć, co to jest cierpienie?”, rzuciła młoda brunetka. Rozdarła rękaw, by pokazać wytatuowany w obozie koncentracyjnym numer: „Znosiliśmy bicie, strach, tortury i śmierć!”. W innej grupce młodzieniec rozchylił kołnierz. „A co powiecie na to?”, zapytał, pokazując okropną bliznę po sznurze. „Zlinczowany nie za jakieś przestępstwo, ale dlatego, że jestem czarny!”. Dalej w tłumie, ciężarna uczennica z podkrążonymi oczyma mamrotała: „Dlaczego mam cierpieć? To nie moja wina”. Aż po kres równiny stały setki takich grup. Każda z nich wyrażała żal skierowany do Boga za zło i cierpienie, do jakiego dopuszczał na tym świecie. Jakież miał szczęście, że mieszkał w niebie, gdzie zawsze było ładnie i jasno, tam płacz i lęk, głód czy nienawiść nie istniały. Cóż Bóg może wiedzieć o tym, mówili, co człowiek musiał znosić na świecie? On przecież prowadzi całkiem bezpieczne życie. Potem każda z tych grup wysłała jako swego przedstawiciela tego, kto wycierpiał najwięcej. Byli to: Żyd, młody Murzyn, mieszkaniec Hiroszimy, człowiek okropnie zdeformowany artretyzmem, a także dziecko–potworek, ofiara thalidomidu. Naradzali się pośrodku doliny, aż wreszcie byli gotowi przedłożyć swą sprawę. To było dość sprytne. Zanim uznają Boga za swego sędziego, musi przejść przez to samo, co oni. Postanowili, że skażą Boga na życie na ziemi: niech pożyje jak człowiek! Niech się urodzi jako Żyd. Niech jego pochodzenie z prawego łoża budzi wątpliwości. Zlećmy mu zadanie tak trudne, że kiedy będzie je realizował, nawet jego rodzina zacznie podejrzewać, że odchodzi od zmysłów. Niech go zdradzą najbliżsi przyjaciele. Niech zostanie fałszywie oskarżony, sądzony przez stronniczych ławników i skazany przez tchórzliwego sędziego. Niech zostanie poddany torturom.  Wreszcie niech zobaczy, jak to jest być okrutnie samotnym. A potem niech umrze. I to tak, by nie było co do tego najmniejszej wątpliwości, niech potwierdzi to wielu świadków. Kiedy każdy z przedstawicieli ogłaszał swoją część wyroku, tłum wydawał głośny pomruk aprobaty.  Ale gdy ostatni wyrzekł końcowe słowa, nastała długa cisza. Nikt nie pisnął ani słowa. Nikt się nie poruszył. Nagle wszyscy zrozumieli, że Bóg już „odsiedział” swój wyrok.”


/”The Long Silence”, autor nieznany/