„Opowiadajcie to swoim dzieciom, a wasze dzieci
niech opowiadają to swoim dzieciom, a ich dzieci następnemu pokoleniu!”
Joel. 1:3
Trzej synowie, ku rozczarowaniu swej matki,
zdecydowali się na życie marynarzy. Mówiła o tym pewnemu gościowi w domu żaląc
się, że nie może zrozumieć, dlaczego wszyscy wybrali morze. „Jak długo masz ten
obraz?”, zapytał gość, wskazując na wielkie malowidło wiszące w jadalni. „Od
lat, od kiedy dzieci były małe”, odparła kobieta. „To jest odpowiedź na twoje
pytanie”, powiedział gość. Obraz przedstawiał bowiem wielki okręt śmiało tnący
fale pod pełnymi żaglami, z kapitanem stojącym na mostku i z lunetą w ręku
śledzącym horyzont. Rankiem, wieczorem i w południe, przy każdym posiłku
chłopcy wprowadzali w swoją podświadomość poczucie przygody przedstawione na
tym malowidle. Bez wysiłku zasiało to w nich tęsknotę za morzem. Żyjemy w
wieku, gdy tysiące obrazów i głosów atakuje oczy i umysły naszych dzieci. Nie
wystarczy nauczyć je norm etycznych i kilku rutynowych modlitw. Ale wychowanie
do chrześcijaństwa to nie jest też ostra, napastliwa postawa nauczyciela.
Raczej jest to ciche wprowadzanie Bożego Słowa w tkaninę życia rodzinnego, tak,
że dzieci będą spotykały Boga ciągle, na każdym kroku. Będą znały i kochały Go
tak naturalnie, jak znają i kochają swych rodziców. W takim środowisku Jezus
może przyjąć ich wierność i rozpalić wyobraźnię. Jego obecność będzie dla nich
realna, jeżeli jest On realny dla nas. Wszystko, co będziemy mogli dać naszym
dzieciom będzie bezwartościowe, dopóki w centrum swego domu rodzinnego nie
dostrzegą Jezusa. Pomóżmy im; przyjemna, powierzchowna religia nie uchroni je
przed wpływem pokus świata.
„Dzisiejsza kultura nie tylko stawia sobie za cel
udostępnienie ludziom tego, czego chcą, ale – co więcej – usilnie i skutecznie
wywołuje w nic pragnienie tego, co im podsuwa.”
/J. Petry Mrockowska/
