„Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.”
Ew. Mat. 5:4
"Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka. Chociaż była już
bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a uśmiech na jej twarzy był tak
promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny. Nagle dostrzegła przed
sobą jakąś postać. Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie
zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal
bezcielesną istotą i zapytała: "Kim jesteś?" Ciężkie powieki z trudem
odsłoniły zmęczone oczy, a blade wargi wyszeptały: "Ja?... Nazywają mnie
smutkiem". "Ach! Smutek!" zawołała staruszka z taką radością,
jakby spotkała dobrego znajomego. "Znasz mnie?", zapytał smutek
niedowierzająco. "Oczywiście, przecież niejeden raz towarzyszyłeś mi w
mojej wędrówce." "Tak sądzisz ...", zdziwił się smutek, "to
dlaczego nie uciekasz przede mną. Nie boisz się?". "A dlaczego
miałabym przed tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz
dogonić każdego, kto przed tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś
taki markotny?". "Ja ... jestem smutny", odpowiedział smutek
łamiącym się głosem. Staruszka usiadła obok niego. "Smutny jesteś
..."powiedziała i ze zrozumieniem pokiwała głową: "A co Cię tak
bardzo zasmuciło?". Smutek westchnął głęboko. Czy rzeczywiście spotkał
kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o tym
marzył. "Ach, ... wiesz ...", zaczął powoli i z namysłem:
"najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by
spotykać się z ludźmi i towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich
przyjdę, oni wzdrygają się i boją się mnie jak morowej zarazy." Znowu
westchnął. "Wiesz... ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić.
Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A ich fałszywy śmiech
jest przyczyną wrzodów żołądka i duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I
dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać. I rozrywają to, co
nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I zalewają się
potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i narkotykami, byle by tylko nie czuć
mojej obecności.". "Masz rację," potwierdziła staruszka,
"ja też często widuję takich ludzi." Smutek jeszcze bardziej się
skurczył. "Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy
jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować
gniazdko, w którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo
wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co
pewien czas się otwiera. A jak to boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy
człowiek pogodzi się ze smutkiem i wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może
naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą
zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz
zgorzknienia." Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy:
najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się
nieutulonym płaczem. Staruszka serdecznie go objęła i przytuliła do siebie.
"Płacz, płacz smutku," wyszeptała czule: "musisz teraz odpocząć,
żeby potem znowu nabrać sił. Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam. Będę Ci
zawsze towarzyszyć, a w moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy Cię nie
pokona." Smutek nagle przestał płakać. Wyprostował się i ze zdumieniem
spojrzał na swoją nową towarzyszkę: "Kim Ty właściwie jesteś?".
"Ja?", zapytała figlarnie staruszka uśmiechając się przy tym tak
beztrosko, jak małe dziecko: "Ja jestem Nadzieja!"
/opow. anonim./
